Pages

.

Jak walczę o piękne skórki

Nie wiem jak Wy, ale ja nie cierpię słowa "skórki". Jest dla mnie takie lekko obrzydliwe XD Może dlatego, że niezadbane potrafią wyglądać paskudnie. Niestety, dojście z nimi do ładu  może zająć dużo czasu, a efekt wcale nie musi być idealny. 
Już kilka dziewczyn pytało mnie jak dbam o skórki, więc chyba najwyższa pora trochę o tym napisać. Od razu uprzedzam, że nie mam na nie żadnego tajemnego sposobu, cała tajemnica tkwi w systematyczności. I pamiętajcie o najważniejszym: to, że coś działa na mnie, nie znaczy, że zadziała na Was.

Moim zdaniem najważniejsze w pielęgnacji skórek jest utrzymanie dobrego nawilżenia. Nie jestem kremoholiczką i kremowanie rąk przeważnie jest jedną z ostatnich rzeczy, o których pamiętam. Dlatego moje kremy do rąk i inne mazidła muszą mieć piękny zapach. Staram się w sklepach nie otwierać kremów, bo sama nie życzę sobie kupowania otwieranych kosmetyków, dlatego kremy przeważnie biorę w ciemno narażając się na zapachowe rozczarowanie. Na zdjęciu obok znajdują się wszystkie moje kremy powyciągane z różnych zakamarków. Dużo tego nie ma ;)
Najbardziej z tego zestawu lubię kremy Farmony (za zapach), najmniej Garniera (za nieprzyjemny film, który zostawia po kremowaniu). Krem z Neutrogeny niezbyt mnie zachwycił, gdy stosowałam go na całe dłonie, ale nakładany na skórki spisywał się bardzo dobrze.
Niezależnie od tego jakiego kremu używam, zawsze poświęcam trochę czasu na wmasowanie go w skórki.


Moim ulubionym mazidłem do rąk w ostatnim czasie jest masło o smaku migdałowym z The Body Shop. Kupiłam je w cenie promocyjnej za 33 zł i szkoda mi używać go do ciała, dlatego rozpieszczam nim ręce i skórki. Masło porządnie natłuszcza skórę i trochę trwa zanim się wchłonie, dlatego używam go przed snem, przeważnie podczas oglądania jakiegoś filmu. Jestem z tego kosmetyku bardzo zadowolona, chociaż 65zł, czyli standardowej ceny bym nie dała.

Kolejne mazidło to Lemon Lush, po którym spodziewałam się chyba cudów, przynajmniej tak sugerowały niektóre recenzje w Internecie. Cudów nie robi, ale działa przyzwoicie. Wmasowywany w skórki codziennie stopniowo poprawia ich wygląd. Po kilkudniowej przerwie w używaniu skórki zaczynają wracać do poprzedniego stanu. Przynajmniej u mnie, ale to jest związane głównie z ciągłym zmywaniem lakieru z paznokci. Zapach tego mazidła w pierwszej chwili był dla mnie wstrząsający (okolice kwasku cytrynowego), ale już się do niego przyzwyczaiłam.


Skoro jesteśmy przy zmywaniu, to nie mogę nie wspomnieć o zmywaczach. Miałam okazję wypróbować specyfiki różnych firm i muszę powiedzieć, że wszystkie po jakimś czasie zaczynały mi przesuszać skórę. Dopiero kiedy z bloga Bubble bath ...  napisała o mieszance acetonu, gliceryny i wody, która udaje zmywacz Zoyi, przypomniało mi się, że już kiedyś miałam w planach wypróbowanie takiego specyfiku. Na wyraźnie życzenie Ali wyjaśniam, że parę miesięcy wcześniej słyszałam od niej o tej mieszance, ale wtedy nie wypróbowałam, a później zadziałała skleroza ;) Ważne, że w końcu zrobiłam odpowiednie zakupy i pomieszałam co trzeba. Po ponad miesiącu stosowania żadnych przesuszeń nie zauważyłam. Zainteresowanych odsyłam do odpowiedniej notki Aggi, którą znajdziecie TUTAJ (notkę, nie Aggę ;>).
W ramach pisania wszystkiego o skórkach dodam jeszcze, że zmywając glittery z paznokci przeważnie stosuję dobrze znają metodę z folią. Jedyna różnica między moim zmywaniem, a tutorialami, które znajdziecie w Sieci, to zabezpieczenie skórek wazeliną przed nakładaniem wacików ze zmywaczem. Bez wazeliny moja skóra wokół palców zawsze wyglądała fatalnie po ściągnięciu folii.


Kolejna ważna rzecz, to usuwanie skórek. Robiąc to w niewłaściwy sposób można sobie zaserwować nie lada kłopoty. Ja trzymam się zasady: odsuwanie - tak, wycinanie - nie. Do odsuwania skórek jak dotąd używałam "tylko" trzech preparatów. Pierwszy pochodzi z Manhattanu, który gdzieś mi zaginął i na zdjęciu udaje go baza z tej firmy ;) Drugi w kolejności używania był żel z Vipery, a obecnie używam Blue Cross kupionego na spółkę z Ali. W sumie każdy z tych specyfików spisywał się przyzwoicie, ale Blue Cross chyba wychodzi w tej stawce na prowadzenie. Użyłam go dopiero dwa lub 3 razy, ale już widzę, że długo trzyma moje skórki w ryzach. Jedyny minus to wielka butla, którą samemu ciężko zużyć i bardzo płynna konsystencja. Na oba problemy mam proste rozwiązania: kupić z kimś do podziału i przelać do butelki po zużytym lakierze ;)
Gdy już mamy preparat do odsuwania powstaje kolejny problem: jak często odsuwać? Gdy widać potrzebę. U mnie wychodzi to co 1,5 - 2 tygodnie, czasem nawet rzadziej. Nie chcę przesadzać, bo paznokcie bez skórek wyglądają dziwnie. Wczoraj przeczytałam nawet, że skórek nie mam, więc chyba zaczynam być blisko zaniku ;)
 I to by by chyba było wszystko o moim pielęgnowaniu skórek. Nie łudźcie się, że to co widzicie na moich zdjęciach to zawsze ich stan rzeczywisty. W takim powiększeniu widać nawet najmniejsze niedoskonałości, więc retusz czasem zadziała, ale naprawdę niewielki ;P

Na zakończenie gratis w postaci mojego uroczego kota, który jak zwykle postanowił się wpakować do namiotu bezcieniowego. Ostatnie zdjęcie bezcenne XD



No comments:

Post a Comment