Pages

.

Mój nowy najlepszy przyjaciel

[dzień dzisiejszy]

Dzisiaj będzie niekosmetycznie. Tego posta napisałam w okolicach końca stycznia, początku lutego i o nim zapomniałam. Na szczęście "nic w przyrodzie nie ginie" i post też się odnalazł. Poprawiłam parę drobiazgów w tekście i dopisałam podsumowanie z perspektywy ponad trzech miesięcy posiadania. Mam nadzieję, że nie zanudzę Was na śmierć i przynajmniej pięć osób dotrwa do końca ;p

[przełom stycznia i lutego]

Pamiętacie jak w zeszłym roku szalał po blogach tag Reading is cool? O dziwo też go zrobiłam (a trzeba Wam wiedzieć, że tagów unikam jak ognia), bo mimo, że ostatnimi laty czytałam mało, to jednak bez czytania nie wyobrażam sobie życia. Jedno z pytań tego taga brzmiało "E-book czy audiobook?". Natomiast moja odpowiedź wyglądała tak: "Żadne. Czytanie e-booków męczy mi szybko oczy (nie posiadam kindle'a jak co poniektórzy [;p], więc nie sprawdzałam czy na nim też bym się zmęczyła), a na audiobookach po 5 minutach tracę wątek."
Zdania na temat audiobooków nie zmieniłam, natomiast e-booki to zupełnie inna bajka. A wszystko przez mamę ;P 

Jakoś mnie do czytników e-booków nie ciągnęło, bo skoro i tak ostatnio mało czytałam, to po co wydawać ciężką kasę na coś, co pewnie i tak będzie całymi dniami leżeć i się kurzyć. Aż tu w okolicach grudnia mama mi mówi, że chce Kindle'a (nawet sobie w jakimś sklepie internetowym znalazła) i że mam się zorientować w cenach, opcjach i czy jakiś inny czytnik nie byłby lepszy, a na koniec mam jej zamówić. No fajnie, tyle że całkowicie się na czytnikach nie znałam, więc musiałam przejść przyspieszony kurs internetowy ;)
Nie powiem, żeby to co przeczytałam jakoś mnie oświeciło, ale w końcu zamówiłam Kindle'a u nas znanego jako Kindle 5. Nie mam pojęcia czemu ta 5 w nazwie i na allegro i w sklepach jest dopisywana. Na stronie Amazona ten czytnik nazywa się po prostu Kindle i kosztuje w chwili obecnej 69$ (albo 139, nie rozróżniam tych wersji, bo wyglądają na oko podobnie). Kupowany w sklepie Internetowym razem z futerałem i przesyłką kosztował coś koło 450zł (na allegro można było kupić o parę złotych taniej, ale coś nie mogłam się zdecydować, żeby zaufać sprzedawcy ;p).


Czytnik przyszedł, a ja dostałam bojowe zadanie ściągnięcia na niego książek (o tym co gdzie i jak ściągać będzie później). I zaczęło się czytanie, bo przecież musiałam sprawdzić jak moje oczy zniosą kontakt z nowym urządzeniem. Zniosły nadzwyczaj dobrze. O pierwszej w nocy pomyślałam, że może jednak by mi się taki czynnik przydał, bo głupio tak latać i ciągle od mamy pożyczać.


Tydzień nie minął, a ja już zamówiłam Kindle'a dla mnie. Doszłam do wniosku, że nie ma co kombinować, skoro ten mamy się sprawdził, to nie będę ryzykować, że trafię na coś gorszego.
Do kompletu zamówiłam na allegro fioletowe etui. Przyszło różowe >_< Na szczęście sprzedawca sam z siebie kazał odesłać i dać nr konta, żeby kasę za przesyłkę do nich mi oddać. No to odesłałam, a później tydzień czekałam aż mi reklamację uwzględnią ;_; Dopiero po telefonie się za to zabrali, ale muszę im przyznać, kasę za przesyłkę reklamacyjną mi oddali i w końcu dostałam fioletowe etui.


Etui jest niezbędne, jeżeli chce się czytnik wsadzić do torebki. Szkoda, że nie ma u nas takich pięknych okładek jak na Amazonie *_* Z drugiej strony tamte ceny są straszne i pewnie nigdy bym się nie zdecydowała na wydanie 150 zł - 200 zł na głupią okładkę O.o
Ale nie o etui miałam pisać, tylko o moim przyjacielu, z którym nie rozstaję się od ponad miesiąca. Co prawda nie ma uroku papierowej książki, szeleszczących kartek i zapachu farby drukarskiej (bardzo lubię ;p), ale ma za to wiele innych zalet. Przede wszystkim jest lekki, co jest dużym plusem, gdy jedzie się na zakupy do Wrocławia 60 km pociągiem ;p Nie trzeba dźwigać grubych tomów, jak książka się kończy nie trzeba brać drugiej na zmianę, ani porzucać niedokończonej na rzecz nowej. Jest nieduży (mniejszy niż zeszyt), więc nie ma problemu z upchnięciem go w dowolnej torebce. Nie męczy moich oczu. Po kilkugodzinnym czytaniu czuję się tak samo jak po czytaniu większości papierowych książek.


Moja wersja nazywana jest w większości sklepów "sponsorowaną", ponieważ wyświetlają się na niej reklamy z Amazona. W teorii dzięki temu czytnik był tańszy, a w praktyce różnie bywa. Reklamy nie są denerwujące, pojawiają się na stronie głównej czytnika w postaci paska na dole lub w postaci wygaszacza, gdy przez jakiś czas z czytnikiem nic się nie robi.
Organizacja kolekcji (odpowiedników folderów) jest lekko uciążliwa przez konieczność latania po klawiaturze przy pomocy czterech klawiszy, ale poza tym obsługa jest prosta i intuicyjna. Tekst można wyświetlać w trzech rodzajach czcionki. Rozmiarów za to jest osiem, więc nawet największe "ślepawki" znajdą rozmiar dla siebie ;) Można nawet regulować odległość między wierszami (trzy odległości). Można także zmienić orientację ekranu (ale z tej opcji nie korzystam, wolę standardowe ustawienie.


I wszystko byłoby świetnie, gdyby nie dostęp do książek >_< Niby na Kindle'u można otwierać różne formaty, ale najlepiej mieć książki w mobi. Na szczęście istnieją konwertery, które radzą sobie całkiem nieźle ze zmienianiem epubów, doców czy pdfów na mobi. Nie zawsze wychodzi to idealnie, ale da się czytać.
Ale co z tego, gdy książek jest jak na lekarstwo. Nie rozumiem tego i chyba nigdy nie pojmę. Biorąc na logikę e-book powinien być prosty do zrobienia i tańszy niż papierowa książka. To czemu książki w języku polskim pojawiają się parę miesięcy po wersji papierowej (o ile w ogóle się pojawia)? I kosztują prawie tyle samo co zwykła książka? Nic dziwnego, że w Internecie panoszą się pirackie wersje. Ale to już jest temat na całkiem inną dyskusję.

[dzień dzisiejszy]

Od razu się przyznam, że ostatni miesiąc Kundelek spędził w szafce. Bynajmniej nie dlatego, że przestałam czytać. Po prostu od miesiąca czytam (a może raczej "męczę") ostatni tom "Pana Lodowego Ogrodu" w formie tradycyjnej, czyli papierowej. Książka jest świetna (chociaż miała kilka nudniejszych fragmentów), ale te prawie 900 stron papieru zajmuje dużo miejsca i nie da się go ze sobą wszędzie zabrać. Podejrzewam, że gdybym miała go w wersji elektronicznej, to już dawno byłoby "po książce". Zauważyłam ciekawą rzecz, mam niektóre książki w dwóch wersjach - papierowej i e-bookowej. W tej drugiej sięgam po nie szybciej i daję się o wiele szybciej wciągnąć w czytanie. Tak było ostatnio z cyklem Kinga - Mroczna Wieża. W formie papierowej zabierałam się do niego od kilku dobrych lat i jakoś nie dałam się oczarować. W końcu sięgnęłam po pierwszy tom w formie elektronicznej jadąc pociągiem do Wrocławia i załapało.
Jeżeli lubicie podczytywać książki w różnych miejscach, autobusach, tramwajach, pociągach, poczekalniach wszelkiego typu itp. to taki czytnik byłby idealnym rozwiązaniem. Oczywiście, jak już pisałam, nic nie zastąpi szeleszczących kartek i zapachu farby drukarskiej, ale w "zalatanym" świecie trzeba korzystać z każdego udogodnienia pozwalającego obcować nam z ulubionym hobby.

[edit]

Dopisek dla tych, którzy nie czytują komentarzy ;)
Gdyby ktoś się bał, że nie będzie mógł na czytniku otwierać książek w np. w pdfie, to uspokajam, że się da. Chociaż czytania w tym formacie nie polecam, bo Kindle go widzi jako zwykły obraz, nie zawija wierszy, czcionki się nie da zmienić i ogólnie jest lipa. Ale pdf można z powodzeniem przekonwertować na mobi. W dodatku nie potrzeba do tego ściągać żadnego programu, wystarczy łącze internetowe i strona Online-Convert.com, na której można konwertować różne formaty we wszystkie strony. Taki przekonwertowany tekst nie zawsze wygląda idealnie, ale da się czytać, zmieniać czcionkę itp.

No comments:

Post a Comment